poniedziałek, 5 stycznia 2009

poniedziałkowy poranek

Poniedziałkowy poranek nadszarpnął nieco moje nerwy.
Dziecięcia darły się jedno przez drugie od samego juz momentu pootwierania ocząt. Szarpały się, wyrywały sobie zabawki. Co chwilę któreś się obrażało na drugie, albo na mnie, bo się akurat zajmowałam innym dzieciem.
Przez dwie i pół godziny nie mogłam się dodzwonić do Promyka, by umówić Tuśkę na wizytę kontrolną u okulistki, a Lolka profilaktycznie, bo coś ostatnio siada coraz blizej telewizora. W końcu się udało. Znaczy ściślej - udało się zarejestrować Tunię, bo Lolo się na okulistki promykowe nie kwalifikuje, jeśli nie ma zeza albo niedowidzenia (a nie zauważyłam żadnego z nich u Lola). Z problemami dodzwoniłam się do gabinetu na naszym osiedlu, a tam oczywiście, przyjmą, ale w styczniu tylko prywatnie - za 90 PLN, bo jeszcze nie mają wieści o umowę z Funduszem na ten rok.
W międzyczasie u sąsiadów rozpoczął się remont - wiercenie w betonie, stukanie, łupanie i inne tego typu odgłosy. Z trudem słyszałam, co do mnie mówią kobiety przez telefon. Nie mówiąc już o odgłosach wydawanych w tym czasie przez paszczaki, które tez nie ułatwiały rozmowy telefonicznej. Nijak się tu schować przed lawiną odgłosów, zeby spokojnie porozmawiać.
Tunia w końcu usnęła. Lolo się ugrzecznił. Ja już dziś nie muszę nigdzie dzwonić. Tylko remont gdzieś tu trwa. Ufff.

1 komentarz:

  1. tak się zbierałam coby napisać i mi trochę zeszło... niestety wiem co to remonty w betonowym bloku. koszmar jakich mało, nic tylko uciec jak najdalej. brrr

    OdpowiedzUsuń